DJ Bolo – politolog, informatyk, didżej, rezydent i menedżer artystyczny klubu muzycznego Eufouria; promotor oraz współautor cyklu Deep House Sauna goszczącego w Olsztynie artystów światowego formatu, takich jak Lovebirds, Shur-i-kan, Jimpster, czy Yass. Zafascynowany twórczością Pink Floyd. Ciężko zaszufladkować go do jednego gatunku muzyki. Jak sam mówi – muzyka, jaką można określić jego styl to – „*-house”.
Profil muzyczny artysty
Rozmawia: Paweł Pawłowski
Pierwszy kontakt z muzyką…
-Szablonem, pierwszym zdaniem w biografii każdego didżeja jest informacja, że muzyką interesował się od najmłodszych lat (śmiech). Ja mogę naprawdę powiedzieć, że w moim przypadku jest to w stu procentach zgodne z prawdą – mając 3 lata wyciągałem ciotce płyty gramofonowe, potrafiłem uruchomić gramofon i z fascynacją słuchać płyt Boney M czy Kombii – to była dla mnie muzyka i chyba dlatego do dziś pozostało mi uwielbienie do lata osiemdziesiątych. Fascynacje muzyczne ewoluowały przez wszystkie lata, owocując tym, że w domu słucham zupełnie czego innego, niż prezentuje gdziekolwiek w klubach, nie mam dzięki temu oporów żeby w klubie zagrać cokolwiek co jest przystępne, co nie jest chałą. W domu zdarza mi się posłuchać dobrego r’n’b, zdarza mi się również posłuchać bardzo alternatywnej elektroniki. Formacją mojego życia zawsze będzie Pink Floyd i tego nigdy się nie wyzbędę.
Wszystko zaczęło się ponad 30 lat temu.
-No, wtedy pojawiłem się na świecie. Pierwsze imprezy to oczywiście dyskoteki szkolne, potem przez długi czas miałem dryg do wychwytywania dobrych numerów, które za jakiś czas stawały popularne, więc starałem się promować je wśród olsztyńskich didżejów. W 2003 roku za namową przyjaciela sam przygotowałem sobie płyty. Pierwszy klub to Strefa 51, potem Klub 22, potem klub Novo, później miałem półroczną przerwę w stałym prezentowaniu muzyki w klubach. A od maja 2008 związany jestem z Eufourią.
Jak nawiązała się twoja współpraca z radiem Eska?
-W Esce skupiam się przede wszystkim na pracy informatycznej. Nie prowadzę własnej audycji. Przez pewien czas współpracowałem z Puotekiem – Marcinem Nozdryń-Płotnickim i razem przez pewien czas selekcjonowaliśmy muzykę do jego klubowych nocnych pasm. W tej chwili to jest już jego autorska audycja i robi to samodzielnie. Ja dbam o to by Eska grała.
Kiedyś powiedziałeś podczas grania, że “celem zawsze jest dobra impreza, najważniejsi w klubie są ludzie”. Nadal tak uważasz?
-Tak, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to jest zawsze celem, niezależnie od tego jaka jest to impreza. Poza graniem w klubie mam także możliwość i okazję prezentować się na imprezach zamkniętych, firmowych, przyjęciach, gdzie muzyka klubowa, to ostatnia rzecz, której oczekują goście – wtedy z nieukrywaną radością sięgam do lat 70-80, bo tam jest dla mnie mnóstwo muzycznego materiału i zawsze z uśmiechem na twarzy prezentuję takie rzeczy.
Jesteś współautorem jednej z najbardziej wypromowanych imprez Eufourii – cyklu Deep House Sauna. Jak zrodził się pomysł na tego typu imprezę.
-Deep House Sauna, to był cykl zapoczątkowany przez mojego dobrego kumpla Andrzeja – didżeja Deja Vu i przeze mnie. W wakacje 2009 szukaliśmy pomysłu na zapewnienie atrakcji muzycznej olsztyniakom, ktrórzy zostają na wakacje w mieście. Zaczeliśmy ściągać najlepszych polskich didżejów i producentów specjalizujących się w deep house i dobrym house.
Impreza w stylu Export w stołecznej Piekarni…
-Coś w tym stylu. Tutaj zawsze opierało się to na obecności Andrzeja i mojej, plus któregoś z zaproszonych gości, a było ich wielu – Easy, Fresh, Karol XVII & MB Valence, Groove Cocatail. Zwięczeniem tego były piąte urodziny Eufourii i impreza z Lovebirds’em, potem kolejny duży strzał to Shur-I-kan w grudniu tego samego roku, no i potem przy okazji moich urodzin już wizyta samego właściciela wytwórnii Freerange Records, czyli Jimpster’a.
Dzięki Deep House Sauna mogliśmy usłyszeć didżejów, którzy pewnie nigdy by nie przyjechali do Olsztyna?
-Zdecydowanie tak! Wystarczyło, że pojawił się Lovebirds, który rozpuścił parę informacji o tym, że jest fajne miejsce w Olsztynie, że ludzie fajnie się bawią i reagują, akurat wtedy przy tej niszowej muzycze – przy deep house – to spowodowało, że Shur-I-kan nie miał żadnych obiekcji by przyjechać. Jimpster z uśmiechem na twarzy po zadaniu pytania – “czy było fajnie?” – odpowiedział, że tak! A jak wiemy on za często nie podróżuje.
Jak byś określił swój styl muzyczny? Można Cię zaszufladkować?
-Sam się nie szufladkuje, co zresztą słychać. Określiłbym to, używając informatycznego żargonu “*.house”. Grając taką imprezę house’ową, klubową, to jakoś wszystko płynie od poczatku do końca seta. Z radością zagram imprezę deep’ową, a z taką samą przyjemnością zagram imprezę vocal house’ową, czy soulfull’ową, ale daleko mi, żeby się określać specjalistą od jakiego kolwiek odłamu house’u, czy jakiejkolwiek innej muzyki. W swoim portfolio mam także słynne “czarne wtorki”, grane razem z DJ’em Zebrą, już emerytowanym. To był nasz pomysł imprez, początkowo w środy w Grawitacji i Rakorze a po pewnym czasie przenieśliśmy je do świętej pamięci Pestki. Zagrałem tam kilka imprez, cykl się rozbujał po czym przekazałem je DJ’owi Eliotowi, a on z kolei przekazał to naszym olsztyńskim specjalistom od “czarnej muzyki”.
Wraz z DJ Dwoogie tworzycie duet djski – Boogie. Jak zrodził się pomysł i jak nawiązaliście współpracę?
-To się zaczęło za czasów mojej rezydentury w Novo. Szukaliśmy kolejnego rezydenta, wpadłem na pomysł aby ściągnąć Dwoogie’go. Zagraliśmy razem jedną czy dwie imprezy, aż w którymś momencie kolejną imprezę zagraliśmy w formule back to back, czyli 6 godzin wspólnego grania numer po numerze. Okazało się, że niesamowicie potrafimy się zgrać i dogadać, nawet nie rozmawiając ze sobą i nie konsultując numerów, które chcemy zagrać. Mimo, że każdy z nas idzie troszeczkę w inną stronę house’u, to jakoś tutaj udawało nam się fajnie uzupełniać i wypełniać. Projekt obecnie troszkę upadł. Nie mamy ostatnio zbytnio okazji by razem gdzieś zagrać imprezy Boogie.
Kontroler, czy tradycyjny zestaw klubowy – mixer + cd player’y?
-Nie mam kontrolera. Zostaje jeszcze przy połączeniu tradycji z nowoczesnością, bo używam odtwarzaczy z płytą z kodem czasowym plus interfejs i program Traktor. Nie używam automatycznej synchronizacji kawałków – wolę mieć wpływ i kontrolę nad tym co i jak gram. Cały czas waham się nad zmianą lub dokupieniem jakiejś zabawki, ale z racji tego, że od przyszłego miesiąca będzie mnie można spotkać wyłącznie w Eufourii, a tutaj też miałem jakiś wpływ na zakup sprzetu, to zostanę przy tym co będzie mi oferowała Eufouria jako narzędzia do pracy.
Kondycja rodzimej sceny klubowej.
-Nie możemy zapomnieć, że Olsztyn jest małym miastem i tu za bardzo nie ma miejsca, żeby stworzyć klub, który stale będzie działał z bardziej niszową muzyką. Mimo wszystko, z całą moją wielką sympatią do Olsztyna, bo tu się urodziłem, tu całe życie mieszkam, nie mamy dostatecznej ilości odpowiedniej klienteli. Mamy grupę naszych słynnych olsztyńskich „undergroundowców”, szkoda tylko, że są bardzo zamknięci wyłącznie we własnym gronie. Biję im brawo, bo robią naprawdę fajne imprezy. Bardziej mnie razi fakt, że niektóre miejsca bardzo mocno aspirują do tej nazwy „klub” lub nazywają się „klubem muzycznym”, a nie mają z tym nic wspólnego. To, co powinno charakteryzować klub muzyczny to stała obecność zaproszonych DJów, instrumentalistów i wokalistów. I na to kładę nacisk jako menedżer muzyczny Eufourii.
Myślisz, że zamknięcie Pestki i upadek BoomTowna zmieniło “coś” na olsztyńskiej starówce?
-Na pewno! Na BoomTown nigdy nie można było narzekać. Można było na niego liczyć niezależnie od tego czy jesteś fanem techno czy drum’n’bassu dobrze bawiłeś się na środowych imprezach reggae. To było miejsce w którym gwarantowane było w 100%, że nie usłyszymy mainstemowej, komercyjnej sieczki, tylko zawsze coś świeżego, coś innego przede wszystkim. Natomiast Pestka ze swoimi wszytskimi dobrymi i złymi stronami była miejscem specyficznym. Czy kultowym? Chyba nie, były epickie wieczory, były niesamowite imprezy i aftery, potem zaczęło się to psuć, a finalnie Pestka zniknęła z olsztyńskiej sceny.
Najdziwniejsza prośba jaka padła w twoim kierunku podczas imrezy?
-To co mnie przyprawia o ból serca, to ludzie w klubach, czy tez nawet w dyskotekach w Olsztynie, proszą o disco polo – to naprawdę jest mocno zaskakujące. Czasami człowiek się spotyka z jakimiś miłymi reakcjami, gratulacjami, podziękowaniami za imprezę, tak samo często spotyka się z pretensjami, dlaczego nie zagram kawałka, który leciał 15 minut temu jeszcze raz. Bo czasami ludzie myślą, że didżej stojący na konsolecie to ich prywatny winamp z domowego laptopa i będzie w kółko prezentował to, co oni chcą usłyszeć. Owszem, DJ powinien grać przede wszystkim dla ludzi, ale nie może być przez nich traktowany jak prowadzący Koncert Życzeń.
Jesteś za graniem legalnej muzyki, zakupionej w sklepie?
Tak! Osobiście kupuję muzykę w sklepach Tracksourse i Beatport. Kupując muzykę doceniamy artystów, którzy poświęcili dużo pracy przy produkcji. Rozmawiałem chociażby z Yass’em, który mowił, że pieniądze które do nich trafiają z produkcji numerów to są grosze. Poza tym im wyższa sprzedaż danego didżeja, tym wyżej stoi w listach sprzedaży co zwiększa zainteresowanie jego osobą. Przekłada się to na częstsze bookingi, czy zainteresowanie wcześniejszymi produkcjami. Dlatego tak, jestem jak najbardziej za kupowaniem muzyki, tej którą doceniam.
Zakupy są z reguły przemyślane?
-Oj nie, czasami są strasznie impulsywne. Często jest tak, że numer wychwycony z jakiegoś podcastu lub seta często kończy się zakupem całej epki, mimo, że często w klubie jest prezentowana jedna wersja, ale to już moje zboczenie kolekcjonerskie – muzyki w domu mam naprawdę sporo. Wolę kompletować całe albumy lub single, niż pojedyncze utwory.
Masz jakąś życiową pasję prócz grania?
-Pasję nie, ale zainteresowania tak. Interesuję się rynkiem medialnym w Polsce i to już od wielu lat, jako politologa interesuje mnie polityka i historia współczesna, poza tym informatyka, bo to też jest jeden z moich zawodów. To wszystko plus granie i parę innych zajęć niestety nie pozwala na znalezienie czasu na jakąś pasję.





















Eliot
Kfadrat












